Wywiady
Poniżej prezentujemy dwa wywiady z Ralfem
- pierwszy przeprowadzony przez Christopha Macherta z czaspoisma "Magnus", zamieszczony w polskim piśmie gejowskim "Inaczej" (2/1990), a po latach przypomniany przez redakcję Polgej.pl
- drugi, udzielony przez Autora dla portalu komiksowego COMIXENE 90 w październiku 2005 roku (tłum. Marcin Pietras)
"Inaczej" (2/1990)
Ralf König jest niekwestionowaną gwiazdą komiksów lat 90-tych. Żaden gay nie odważy się nawet na powierzchowną konwersację o gayowskim dowcipie rysunkowym nie poznawszy wcześniej przynajmniej jednej z historyjek obrazkowych Königa. Ralf rysował dla Rosy Flieder, by przez wydawnictwa Rosa Winkel i Rowohlt awansować do prawdziwej komiksowej czołówki.
We wszystkich jego publikacjach dominują opowieści o gayach, którzy pieprzą, walą konia, dmuchają, liżą i przy okazji mają taki czy inny mały problemik sercowy. Gdzie leżą przyczyny tak wybujałej seksomanii? Reporter zachodnioberlińskiego magazynu „Magnus" Christoph Machert udał się więc do źródła i ustawił swój dziennikarski kaseciak na stole w pokoju Ralfa Königa.
„Magnus": Ralf, stałeś się ostatnio najbardziej sławnym homo w naszym kraju, no może obok Rosy von Praunheim. Jak reagują na to twoi rodzice?
Ralf König: Cóż, to, że jestem gayem, to wina mojego ojca. Gdyby w moim dzieciństwie nie miał tak doskonałego wyglądu, ze swymi błękitnymi jak woda oczyma, gęsto owłosioną piersią, z tym ciemnymi wielkimi brodawkami...
Ehm...
- Mam mianowicie - jak to się zwie? - negatywny kompleks Edypa. Jako dziecko zawsze chciałem wyjść za mojego ojca. Moja rodzina uważała to wtedy za doskonały dowcip.
A jakie było twoje pierwsze homoseksualne doświadczenie?
- Cóż, miałem wtedy ok. 12 lat; mój pokój leżał tuż obok małego pokoiku gościnnego, a na dole pode mną odbywała się jakaś impreza rodzinna, z wujami, ciotkami i mnóstwem alkoholu. Mój szwagier już wczesnym wieczorem tak się zalał, że musiano go wnieść na górę do łóżka. Czas jakiś bełkotal coś bez sensu, po czym usłyszałem, jak głośno chrapie. Wziąłem moją latarkę i wśliznąłem się do pokoju gościnnego. Wsadziłem łeb pod kołdrę i w świetle latarki podziwiałem każdy szczegół wdzięków szwagra. To wspaniałe owłosienie, ten wielki, zwiotczały kutas z ciężkim workiem. I ten zapach mężczyzny...
Ralf, wybacz, ale...
- No więc napaliłem się jak diabli i próbowałem postawić tego kutasa, ale na próżno, pozostał miękki jak ugotowany makaron.
A więc już w okresie dzieciństwa nie miałeś wątpliwości, że jesteś homoseksualistą?
- Moi rodzice twierdzą, że jako dziecko patrzyłem zafascynowany w ekran telewizora, gdy pojawiła się na nim pewna spikerka, która podobno bardzo na mnie działała. Ja sobie tego nie przypominam. Być może była to jakaś beznadziejna iskierka heteroseksualizmu w mym mózgu, która jednak szybko zgasła.
A jak wkroczył w twoje życie twój pierwszy mężczyzna?
- To był kumpel z mojej wsi, długi i cienki, o równie długim i cienkim.
Mogłeś go wziąć do swego pokoju?
- Nie, nie, waliliśmy się w takiej drewnianej szopie, gdzie moi rodzice przechowywali siano i narzędzia ogrodnicze. Mój ojciec mówił, że wolno nam tam robić wszystko, „tylko nie palić".
Jezus, jak mam się wziąć teraz za twój coming out?
- Po prostu opowiem ci o Homolulu. Pojechałem tam śledząc od roku mego wymarzonego księcia, który oczywiście był hetero. Był komunistą, a ja razem z nim rozdawałem wtedy czerwone ulotki.
Chwileczkę, mieliśmy mówić przecież o drodze do Homolulu.
- Właśnie, a więc ścigałem gościa przez cały rok, psychicznie strasznie się wykończyłem, miałem kompleks niższości itd. No i pojechałem do Frankfurtu do Homolulu, po raz pierwszy w życiu ujrzałem pedałów i przeżywszy trzy niezapomniane dni stałem się innym człowiekiem. Tak, od tamtego momentu stałem się homo.
W tym czasie zacząłeś również rysować komiksy o gayach?
- Tak, wtedy to się zaczęło. Dzięki temu mogłem moje przeżycia erotyczne dobrze przemyśleć i spojrzeć na nie z humorem.
Wraz z Rosa Winkel i Rowohlt przyszedł sukces. Na twoim papierze listowym masz pewnie napisane „rysownik komiksów".
- Czegoś takiego nie mam, ale mój zawód to rysownik komiksów, fakt. Dla mnie to idealna praca, to było moim celem od małego. Od czasu gdy rysuję dla Rowohlt, mam się nieźle.
To znaczy?
Mam szykowne mieszkanie z kuchnią i kuchenką mikrofalową i mam mężczyznę, który mnie dobrze traktuje. Chętnie wyleguję się w wannie i słucham Streisand. Planuję już wielką imprezę z okazji mych 30. urodzin, gdzie mam zamiar zaaranżować mój come-back jako gwiazda estrady. W tej chwili mam pomysły na pięć różnych komiksów i nie mogę się zdecydować na żaden, wkrótce jadę na urlop do Włoch, mam maszynę do mycia naczyń firmy Lady-plus...
Ralf, dziękuję ci...
- ...poza tym jest jeszcze taki facet, który ma równie cudowne owłosienie na piersiach jak mój ojciec i którego mogę od czasu do czasu wyszorować...
Ralf...
- ... mój członek nie jest taki mały, a przy sprzątaniu kuchni najchętniej słucham Callas...
Ralf, dziękuję ci za rozmowę!
- ... a w środy najchętniej oglądam „Denver". W gazecie przeczytałem, że...
przedruk w „Inaczej" nr 2 (lipiec 1990)
COMIXENE 90 w październiku 2005 roku (tłum. Marcin Pietras, fragm.)
W twoich komiksach nie brakuje pedalstwa, bez ogródek pokazujesz skrajne przykłady przegięcia.
König: Jestem daleki od stwierdzenia, że wśród gejów nie ma ciotostwa. Gorzej, że wciąż podtyka się nam najbzdurniejsze stereotypy. Weźmy tę idiotyczną reklamę Iglo: Holger i Max, mrożonki – dwóch gejów ma je reklamować, i jeden z nich śpiewnym głosem anonsuje jedzenia na stole. Na pytanie, czy to musi być aż tak głupie, firma odpowiada: "gdyby się tak nie zachowali, nikt by się nie domyślił, że są gejami". Nie mam więcej pytań. Do tego samego worka wrzucam Michaela Bully'ego, jego Gwiezdne jaja itepe. W moich komiksach geje to pełnowymiarowi ludzie. Jeśli się przeginają, to ujęci w pewnym kontekście. To niezależne postaci, które mają swoją dumę. Kiedy faktycznie zaczynam się przeginać z kumplami na całego, to przez kwadrans jesteśmy o niebo bardziej oryginalni, niż Bully przez cały swój film. To prawdziwa mizeria, oprzeć cały film na pomyśle, jak to jakieś kosmiczne cioty robią z siebie idiotki w heteryckich scenografiach. To płaskie.
Ale twoje cioty są naprawdę egzaltowane. Nie obawiasz się, że w ten sposób utrwalasz tylko ten
stereotyp?
König: Nie widzę żadnego niebezpieczeństwa, bo wiem, o czym rysuję. Bo to moje życie. A ja nie utknąłem w latach siedemdziesiątych. Zajrzyj do moich starych komiksów, tam jest dużo więcej ciot. Sam byłem taką wojującą koleżanką. Taki polityczny statement, jako facet odkrywałeś światu kobiecą stronę swojej natury. Dziś widać takie tylko przy okazji parad. Nie chodzi o to, żeby wypierać się ciotostwa, bo przecież ono rzeczywiście istnieje, i bardzo dobrze! Ale w ostatnich moich książkach daje się zauważyć, że jest już dużo mniej ciot, bo jest ich też mniej w środowisku. Media tego jednak nie zrozumiały, albo nie chcą zrozumieć, bo to przecież pewny numer, pokazać przegiętą ciotę. Kiedy na przykład dostałem propozycję na scenariusz na podstawie "Wie die Karnickel", od razu zastrzegłem, że nie będzie w nim żadnej przegiętej cioty. To się dopiero zaczęli bezradnie drapać po głowach! Ale nie widziałem powodu, dla którego miałbym posługiwać się tym stereotypem. Chciałem wydobyć humor skąd indziej, przesadnie męski skórzak jest równie zabawny.
A jaki wpływ na twoje komiksy ma sposób, w jaki media pokazują gejów?
König: Nie widzę takiego wpływu na siebie jako takiego. W dużych miastach to żaden problem, tam istnieje w pełni wykształcona, świadoma społeczność, nikt nie kupi takich bdzur. Ale kiedy mieszkasz w małym miasteczku albo na wsi, masz 14-15 lat i jesteś gejem, masz wciąż te same problemy, co w latach 70. Już wtedy uważałem za bardzo szkodliwe, kiedy pokazywano gejów jako głupie dziwadła czy supertransy. Ciota jest chyba mniej groźna, niż przeciętny facet, po którym w pierwszym momencie w ogóle nie poznasz, że jest gejem. Oglądałeś Aleksandra? Oliver Stone nie mógł przemilczeć historycznej prawdy, że Aleksander Wielki miał kochanka. Ale za kochanka dał mu u boku uszminkowaną ciotę, i już stereotyp znów wraca do normy.
W swoich komiksach nie żałujesz złośliwości pod adresem środowiska. Czyżbyś żywił do niego ambiwalentne uczucia?
König: Można to tak ująć. Ale mogę sobie na to pozwolić, mam już ponad 40 lat i dawno wyrosłem z zachwytu nad wszystkim tylko dlatego, że jest gejowskie. To całe 'jesteśmy jedną wielką rodziną'. Wiele rzeczy w środowisku nudzi po 25 latach. Tak wiele rzeczy wcale się nie zmienia. Ludzie są megapróżni i słuchają gównianej muzyki, to dzisiaj z pewnością przywara nie tylko gejów. Te wszystkie eventy, na których wszyscy wyglądają jednakowo. Stoję sobie z boku i myślę, że nie ma nic nudniejszego, niż jednakowe tłumy! Moją uwagę przyciąga wtedy niepozorny, lekko kudłaty gostek, który stoi niedostrzeżony w kącie i dłubie w nosie. On jest dla mnie interesujący, nie te jednakowo łyse, wytatuowane góry mięcha.
W twojej książce pojawił się nawet homofobiczny pies.
König: Właśnie! To mały, nieprzyjemny, heteroseksualny, wyszczekany kundel. Ale i w jego dymki wkładam od czasu do czasu teksty płynące z własnego wnętrza (śmiech)
Możesz więc przywołać wiele osobistych doświadczeń. Na ile twoje komiksy są autobiograficzne?
König: Na pewno w dużym stopniu. Ale nie jeden do jednego. Każdy autor, nie odbiegajacy w swojej twórczości zbytnio od rzeczywistości, zawiera w niej także sporo swojej biografii. Choćby Konrad, czy nawet Paul – na pewno jest w nich obu wiele ze mnie samego. Ale przez to nie staję się przecież Paulem, ani Konradem.
Byłeś jednym z pierwszych komiksiarzy w Niemczech, który porwał się na dłuższe formaty opowieści.
König: Tyle że wtedy tego nie wiedziałem. Zgłosiłem się do wydawnictwa Rowohlt ze swoimi krótkimi historyjkami, a oni poprosili, żebym zrobił coś większego. I tak powstał Mężczyzna, przedmiot pożądania. Niektórzy mówią 'powieść komiksowa'. Mogę sobie na to pozwolić. Trzeba na to zupełnie innego zadęcia.
Trzeba podtrzymać wysoki poziom entuzjazmu przez wiele miesięcy, żeby odczekać te 150 stron.
Co jako twórcę tak pociąga cię w komiksie?
König: Że mogę szybko opowiadać. Jeszcze szybciej mogę opowiadać tylko podczas pracy nad scenariuszem, siedzę wtedy przy komputerze i tylko wklepuję dialogi. Lubię opowiadać historie bez zbędnych opisów. Rysunek jest całym opisem. Z biegiem lat przychodzi mi to coraz łatwiej – może poza samochodami i rowerami. I autobusami. Motocykle! Nie wychodzi mi nic, co ma koła. Jeśli się uważnie przyjrzeć, wszędzie u mnie jest ten sam samochód. Czasem ciemny, czasem jasny, raz z prawej, raz z lewej, ale to zawsze jest ten sam R4, czy co to tam wtedy było.
Publikujesz od 25 lat. Czy czujesz się czasem weteranem?
König: Nie dobijaj mnie! Dorwałeś mnie akurat w samym środku kryzysu wieku średniego! Zaczynałem razem z Walterem Moersem, który w międzyczasie przerzucił się na powieści fantasy. Myślę, że i mnie czeka podobny zwrot. Może nie będę pisał powieści, ale pewnie zmienią się treści. Nie wiem, czy za 15 lat wciąż będę rysował historyjki o seksownych samczykach, i filozofować o bzykaniu. Przecież w życiu też tak nie zawsze jest. Niestety. Mam nadzieję. Cholera! (śmiech) Chcę seksu!
A w jakim kierunku może pójść ten rozwój?
König: Może spoważnieję? Może nie będę się tak koncentrować na samym dowcipie? To właściwie bliższe mojej naturze. Pochodzę z Westfalii, tak naprawdę nie jestem typem żartownisia. Czasem dość mam tej presji na puenty, żeby na każdej stronie można się było ze cztery razy zaśmiać.
A myślisz, że czytelnicy tego od ciebie oczekują? Puent?
König: Nie wiem, czego oczekują czytelnicy. Może sam tego od siebie oczekuję, bo robię to od tylu lat. A może dlatego, że rysunki tego wymagają. Obrazki są przecież zabawne same z siebie, nawet jeśli dwie osoby siedzą na kanapie i rozmawiają, wyglądają śmiesznie, przez te swoje nosy, i w ogóle. Nie wiem, czy to by zadziałało, gdybym nad nimi umieścił cały akapit poważnej rozmowy, bez momentu na odeśmianie. Może by się udało, są przykłady na pokręcone rysunki z realistycznymi dialogami, jak choćby Peter Bagge.
Przelewasz sporo uczuć na swoich bohaterów.
König: Uwielbiam Woody'ego Allena i lubię filmy tragikomiczne. Poruszają mnie. Próbuję to samo zrobić z moimi bohaterami, żeby nie wypadali płasko. To słaby punkt wielu komiksów, które często pozostają jednowymiarowe. Był moment, gdy to do mnie dotarło: chciałem jednocześnie pisać dwie książki. Jedną o Paulu na urlopie – pełną seksu itepe, wesołą, wiadomo. Ale też korciło mnie zrobić coś na temat AIDS, krótko przedtem zmarł w mizerii mój dobry przyjaciel, i musiałem jakoś to przetrawić. Wesoła historyjka się nie kleiła, ale ta tragiczna też nie. I w pewnym momencie zrozumiałem, że one się łączą, że to musi być jedna książka. I tak powstał Super Paradise. Mam takie ambicje, żeby to co robię, odzwierciedlało rzeczywistość. A tragedie są jej częścią.